mistyka polska

szare

o szarym
świcie
budzę się

szarym
mydłem
myję się

w szare
od kurzu
ubieram się

spoglądam
na wierzby
i grusze…

na szarym
papierze
piszę
szary
wiersz

dla szarych
sióstr
i ołowianych
braci 

jem
szare
popijam

siedząc
na szarym
końcu

pośród
szarych
eminencji


 

mistyka wczoraj i dziś

życie znowu
nas rozpieszcza
myślę sobie
choć czuję zgoła inaczej
za oknem co prawda
polska złota jesień
no i słońce rzeczywiście
napierdala
że ho ho 
aż chciałoby się
wyskoczyć na miasto
i zrobić jakąś małą
rewolucję
o słodka i dzika
mistyko
jak za starych
dobrych czasów
uchlać się
porządnie
napisać stos 
gorących wierszy
i podpalić nimi
cały kontynent 
albo przynajmniej
jedno skute
lodem
jądro…
ale to chyba
nie wchodzi dziś
w grę

 

szary ojciec

znów chciałbym
porozmawiać
z moim szarym
przebrzmiałym
ojcem
tak po prostu
otwarcie
o pogodzie 
o sezonie
grzewczym
o cenach żywca…
mówię do niego
ale on nie słyszy
nawet kiedy
krzyczę
ty skończony
durniu

może mógłbym
napisać
do niego
jakiś list
w stylu 
drogi ojcze
kiedy ostatnio
myliśmy razem
groby…
albo
tato
śniło mi się
że byłeś wielką
śpiewającą orką…
ale to chyba
bez sensu

stoję więc
przed moim
szarym
przebrzmiałym
ojcem
w milczeniu 
patrzę na jego
spękane usta
i gołębie włosy
na jego odstające
owłosione uszy
które nagle
zaczynają rosnąć
i rosną
do niebotycznych
rozmiarów 
a mój ojciec
macha nimi
wściekle
i odlatuje
w siną dal
krzycząc
jeszcze coś
do mnie…
tym razem
ja go nie słyszę

mistyka dla ubogich

znów męczysz mnie
ledwie słońce
zaszło
mistyko
stoisz u bram
wiersza
i kołaczesz
jak pierwszy lepszy
żebrak
chodź przecież
dobrze wiesz
że oddałbym ci
ostatnią szkatułkę
nawet ten wiersz
pisany gdzieś
w szarym kącie
przy pulsującym 
świetle świecy
i wszystko
czego byś sobie
tylko zażyczyła…
tymczasem kiedy
zapalam górne
światło
znikasz nagle
więc jak
opisać Cię mam
jak opowiedzieć
mam Ciebie
kolegom
i bliskim
żeby nie wyjść
na durnia…
a w zasadzie
co mi tam
mistyko
niech sobie myślą
wchodzę w twoją
ciemną noc
bez zmysłów
oddaje ci się
mimowolnie
cały
bez reszty
i tak płoniemy
razem
aż do bladego
świtu
czego nie da się
opisać
słowami
co najwyżej
popiołem
rozgrzanym
do czerwoności
węglem

 

 

mistyka wyboru

wybacz mi mistyko
ale znów nic z tego
nie rozumiem
po jakiego czorta
wspinałem się latami
samotnie
na ten wielki
tajemny szczyt
po krętych stopniach
astronomicznej wiedzy
kiedy każesz mi teraz
złazić na dół
i jednać się
z tą brudną i ciemną
materią
czy nie lepiej byłoby
zostać tu na górze
i z wysokości
obserwować
całe to kłębiące się
mrowisko

mistyko a jednak
wybrać muszę sam
ideę lub liść
drogę szeroką
lub tę mniej uczęszczaną
w lesie żółtym i trudnym…

przecież
nie porwie mnie
chyba nagle
jakiś wiatr
albo wielki ptak
czy też inny śpiew

mistyka w ogniu

mistyko
gdybyś jednak
zmieniła zdanie
to wiedz
że wciąż czekam
na ciebie tu
w tym twardym
wierszu
znów kopię...
to prawda
że czasem
udaje niedostępnego
albo wyglądam tak
jakby na niczym mi
nie zależało
ale przecież
dobrze wiesz
że to tylko
taka mistyczna
gra wstępna…
tak wiem
że słowa nie mają
ostatecznie
takiego znaczenia
jak nam się wydaje
ani te wszystkie
wydumane
epitety i metafory
i że liczy się
przecież to
co jest
tu teraz
między nami
ten szelest i blask
skóra przy skórze
przecieranie oczu
ze zdumienia
na widok
tych wszystkich
dorodnych
rajskich owoców
które pospiesznie
zrywamy i chowamy
gdzie tylko się da  
pod palto
za pazuchę
do toreb i plecaków…
myśląc
że uda nam się
zostawić coś
na później